Tradycja - Rzetelność - Profesjonalizm
Firma H. Skrzydlewska

FIRMA H. SKRZYDLEWSKA ISTNIEJEMY OD 1937r.

Telefony czynne całą dobę
27.05.2023

Pięć lat temu, 27 maja 2018 roku o godzinie 13.00 odeszła Helena Skrzydlewska, łodzianka, Polka chrześcijanka. Założycielka sieci kwiaciarni, którą nazwano jej imieniem. Publikujemy wspomnienie o Pani Helenie, które ukazało się w Dzienniku Łódzkim w Dzień Matki, 26 maja 2023 roku.

Helena Skrzydlewska: Mogłabym swoje życie przeżyć jeszcze raz w taki sam sposób. Takie było i święty Boże nie pomoże.

Helena, która nigdy nie narzekała na swoje życie

Zawsze z dumą podkreślała, że jest łodzianką, Polką i chrześcijanką. Helena Skrzydlewska była seniorką znanego łódzkiego rodu, właścicielką sieci kwiaciarni i zakładów pogrzebowych. Na jej cześć nazwano firmę, której właścicielem jest jej syn Witold Skrzydlewski

Helena Skrzydlewska, z domu Wiatr, była łodzianką. Wychowała się na ulicy Sosnowej. Jej rodzice, Franciszek i Józefa byli prostymi ludźmi, pracowali w łódzkich fabrykach. Pan Franciszek był też ułanem marszałka Józefa Piłsudskiego. Walczył w wojnie polsko-bolszewickiej.

– Urodziłam się przed wojną, nie było wtedy łatwo, ale jakoś weselej – mówiła nam w wywiadzie Helena Skrzydlewska, którego udzieliła z okazji swoich 90-tych urodzin. – Nie było takiej zachłanności, każdy cieszył się tym, co ma. Pracował ciężko, by zarobić na kupno placu, budowę domu czy po prostu na życie. W Łodzi koło siebie mieszkali Polacy, Żydzi, Niemcy. Nikomu to nie przeszkadzało. U Żydów podobała mi się ich solidarność. Trzymali się razem. Do mojej klasy w szkole chodziły dzieci różnej narodowości. Żyliśmy w zgodzie. Dopiero po 1937 roku zaczęło się takie napuszczanie. Mówienie „Bij Żyda!” I tak to wszystko poszło.



Helena Skrzydlewska urodziła się w roku 1925, zmarła 27 maja 2018 roku.
Została pochowana w grobie rodzinnym Skrzydlewskich na cmentarzu Zarzew przy ulicy Lodowej w Łodzi.
Była właścicielką sieci kwiaciarni i zakładów pogrzebowych.

Córka weterana wojny polskobolszewickiej

Pani Helena wiele lat mieszkała w tym samym miejscu, w którym urodził się jej tata Franciszek. Był wojskowym, legionistą. Został ranny podczas wojny polsko-bolszewickiej. Leżał potem w szpitalu w Łodzi.

– Kiedyś ten szpital odwiedził generał Józef Haller – opowiadała nam pani Helena. – Zobaczył ojca i żal mu się zrobiło młodego chłopaka. Kazał go zabrać do szpitala w Warszawie. Tam zrobili mu operację. Wrócił do Łodzi, ja się akurat urodziłam. Rodzicom żyło się ciężko. Ojciec był chory, chodził w gorsecie. A tu nagle listonosz przynosi mu rentę za cały rok. Okazało się, że to renta wojskowa. Dostawał co miesiąc 100 złotych. To była duża kwota. Interesował się nim Związek Inwalidów Wojennych. Związek zabierał dzieci inwalidów wojennych na wakacje. Jeździłam na kolonie do Burzenina. Zdolne dzieci mogły też uczyć się w gimnazjum zawodu.

Trzeba mieć konkretny zawód

Pani Helena nie ukrywała, że zawsze była przedsiębiorczą osobą, choć początkowo chciała zostać nauczycielką. Była jednak uważną obserwatorką tego co dzieje się na świecie.

– Przed samą wojną, w 1938 czy 1939 roku widziałam, że wielu przedstawicieli inteligencji nie ma pracy – tłumaczyła. – Nauczyciele, inżynierowie. Rodzice wykosztowali się na naukę syna, a on idzie pracować jako dozorca. Pomyślałam, że trzeba zdobyć konkretny zawód. Bardzo lubiłam chodzić na rynek i obserwować jak ludzie handlują. Mieszkałam w śródmieściu, więc najczęściej odwiedzałam

Górniak. Chodziłam po wielkich sklepach i podglądałam ten handel, jak układane są towary. Podobało mi się to i pomyślałam, że trzeba się zająć handlem. Powiedziałam to pani, która opiekowała się nami z ramienia Związku Inwalidów Wojennych. Dostałam się do szkoły gospodarczej, którą przy ul. Wodnej prowadzili salezjanie. Tam uczyłam się handlu i księgowości. Chciałam założyć swój interes. Przed wojną Piłsudski dawał inwalidom wojennym koncesje na sklepy kolonialne, restauracje. Ja miałam taką koncesje od ojca dostać. Nie wiedziałam jeszcze jaki to ma być sklep. Ale wszystkie plany zniszczyła wojna.

Wojenna miłość

Helena Wiatr swego męża Ryszarda Skrzydlewskiego poznała podczas wojny, razem działali w konspiracji. Ślub wzięli po zakończeniu okupacji, w Żaganiu. Z Łodzi musieli uciekać, bo byli niepożądanym elementem. Mieli dwoje dzieci: Elżbietę i młodszego o siedem lat Witolda. Rodzina Skrzydlewskich należała do zamożnych ludzi. Byli związani z Zarzewem, który kiedyś był podłódzką wsią. Tu prowadzili gospodarstwo jeszcze w dziewiętnastym wieku. Na polach należących do rodziny stoją dziś budynki dawnych zakładów im. Strzelczyka, Centrum Opiekuńczo-Rehabilitacyjne, przebiega po nich dwupasmowa ulica Przybyszewskiego. Kiedy ponad 100 lat temu we wsi Zarzew budowano kościół św. Anny materiały na budowę przewoziły konie rodziny Skrzydlewskich. Dziadkowie Skrzydlewscy nie byli jednak zadowoleni, że ich syn żeni się z Heleną. Traktowali to małżeństwo jako mezalians.

– Nie mogli przeboleć, że ich syn ożenił się z „fabryczną” dziewczyną – wyjaśnia Witold Skrzydlewski. – Dlatego rodzice po ślubie zamieszkali w służbówce, obok domu dziadków.

Po śmierci męża sama poprowadziła gospodarstwo

Ale to właśnie pani Helena po śmierci teścia uratowała rodzinną firmę. Postawiła na hodowlę i sprzedaż kwiatów. Ciężko pracowała, wstawała codziennie o czwartej rano.

– Mąż pochodził z bogatej rodziny ogrodników – tłumaczyła nam pani Helena. – Przez całe życie uczył się. W czasie wojny na tajnych kompletach, a po jej zakończeniu zdał maturę. Pracował na kolei, skąd posłali go na studia. Pracował i uczył się. Wychodził o siódmej rano, a wracał o jedenastej w nocy. Mąż jednak studiów nie skończył. Jeden z kolegów zaczął go szantażować. Powiedział, że doniesie na niego, bo bierze pensję z kolei. Chciał za milczenie pieniędzy. Mąż mu nie zapłacił, więc tamten złożył na niego donos. Męża wyrzucili z pracy i ze studiów. Brakowało mu półtora roku do ich skończenia. Dostał jeszcze wilczy list, że w Łodzi nigdzie nie mógł znaleźć zatrudnienia. Załamał się. Męża ludzie bardzo szanowali. Przychodzili do niego i prosili, by pisał podania do urzędów.

Mąż pani Heleny Ryszard umarł młodo. Miał 49 lat. Ona musiała zająć się gospodarstwem teściów. Było duże, dwadzieścia pięć hektarów. Jej teścia, Józefa Skrzydlewskiego, który był przedwojennym policjantem, uznano za kułaka…

Kułak, skarbówka, domiary…

– Ciężko było – wspominała tamte lata seniorka rodu Skrzydlewskich. – Na płotach wypisywali nam „kułak”… Skrzydlewscy mieli największe gospodarstwo na Zarzewie. Było ogrodnictwo, ale i krowy, świnie. Teść założył jeszcze po wojnie wytwórnię wód gazowanych. Jako pierwszy prywaciarz. Był też wielkim społecznikiem. Dzięki niemu przeprowadzono wodę i gaz na Zarzew. Załatwił, że przedłużono linię tramwajową.

Helena Skrzydlewska pracowała w gospodarstwie, choć wcześniej nie miała pojęcia o takiej pracy. Jej teścia zlicytowano za podatki.

– Na takich ludzi jak mój teść ówczesna władza zawsze coś miała – mówiła. – Teść miał słabe serce. Tak był zaszczuty tymi podatkami i domiarami, że miał dość życia. Licytację przeżył, ale kiedy przyszli do niego komornicy serce nie wytrzymało. Gdy pogotowie przyjechało to już nie żył. Na drugi dzień komornicy znów przyszli. Teść leżał w trumnie w dużym pokoju. Zapytali, gdzie pan Skrzydlewski. Wskazaliśmy im pokój. Jak zobaczyli tę trumnę toszybko wyszli…

Pani Helena opowiadała, że jej rodzina dwa razy została rozkułaczona. Pierwszy raz zaraz po wojnie, drugi raz pod koniec rządów Gomułki. Zabrano im wtedy duży kawał ziemi, za który zapłacili po 3,60 zł za metr kwadratowy. Niedługo po tym nastał Gierek. Za ten sam metr płacono wówczas 25 złotych!

– Ja z tych domiarów nie wyszłam do końca komunizmu – wspominała pani Helena. – Czasem kładłam się do łóżka szczęśliwa, że zapłaciłam ostatnią ratę. Myślałam, że już będzie dobrze. A za dwa dni znów przychodziła skarbówka…

Pierwsza kwiaciarnia

Pierwszą kwiaciarnię założyła przy domu, na Zarzewie. Robiła wiązanki i wieńce. Opodatkowali ją jednak szybko i dali „domiar”. Istniał przepis, który nie pozwalał sprzedawać przetworzonych kwiatów.

– Można było sprzedać chryzantemę w doniczce, ale nie w wiązance – opowiadała. – Zaczęłam się starać o koncesję. A było to tak. Przyszli panowie ze skarbówki i dali mi ponad 70 tysięcy złotych „domiaru”. Nie sposób było tego zapłacić. Chodziłam do urzędu i prosiłam, by darowali mi te pieniądze. Płakałam, ale nie pomogło. Mąż się denerwował, że jego majątek za moje długi sprzedadzą. W końcu dotarłam do prezydenta Łodzi. Powiedziałam, że ciężko pracuję, a dostałam tyle „domiaru”, że nie jestem w stanie tego spłacić. Żądają ode mnie koncesji, a takiej prywaciarzom nie dają. Pokazałam jak wyglądają moje ręce. I prezydent dał mi koncesję na kwiaciarnię. Ta koncesja ma numer trzynaście. Ale „domiary” się nie skończyły. Bywało, że urzędnik przychodził do kwiaciarni i siadał koło mnie. Ja handlowałam, a on zabierał kasę. Jeden z urzędników powiedział mi kiedyś: Pani ma nerwy? Ja to myślałem, że pani się przez to wszystko powiesi!

Sieć kwiaciarni„H.Skrzydlewska”

Na założenie sieci kwiaciarni wpadł jej syn Witold. Dziś to największa taka sieć w Polsce.

– Na majątek Skrzydlewskich pracowały trzy pokolenia – mówiła nam pani Helena. – Ja ostatnia zostałam ze swymi dziećmi. Wiedziałam, że nie mogę tego zmarnować. Za pieniądze z wywłaszczeń kupiłam ogrodnictwo przy ul. Marmurowej w Łodzi, pieniądze dałam też dzieciom. Sprawiedliwie podzieliłam. Spłaciłam jeszcze długi, które zostały po teściu. Syn zakładał kwiaciarnie. Pojechał za granicę. Zobaczył jak to tam wygląda. Zrozumiał, że jedna kwiaciarnia nie wystarczy. Powinna być cała sieć, by zarobić. I tak zrobił. Ja się cieszyłam. Fabryki w Łodzi polikwidowano, więc była praca dla ludzi.

To ona użyczyła swe imię i nazwisko sieci kwiaciarni

– Nie byłam zadowolona, że ta sieć nazywa się „H.Skrzydlewska” – podkreślała w rozmowie. – Z drugiej strony pomyślałam, że ludzie mnie znają. Choćby z tego, że zawsze dużo pracowałam. Ludzie z całego Widzewa, Dąbrowy przychodzili do mnie po kwiaty. Doradziłam każdemu, a tu komuś dałam ślubną wiązankę. Kiedyś w Łodzi było wiele osób ze wsi. Dostawali w nocy telegram, że ktoś umarł z rodziny. To w nocy do mnie po wiązankę biegli. Prosili, by zrobić ją, bo rano mają autobus czy pociąg na wieś. Nie pytałam się czy mają pieniądze, czy nie tylko ją robiłam.

Syn, Witold Skrzydlewski, postanowił założyć też sieć zakładów pogrzebowych. Początkowo jej się ten pomysł nie podobał.

– Gdyby nie zakłady to kwiaciarnie dawno by splajtowały – twierdziła Helena Skrzydlewska. – Nie podobało mi się, bo sama przygotowywałam pogrzeby teścia, teściowej, męża. Widziałam jak wygląda ta branża… Chciałam, żeby było inaczej. Żeby trumny nie nieśli ludzie z czerwonymi nosami i żeby ludzie nie bali się, że się z nią przewrócą.

Karierę polityczną zostawiła synowi i wnuczce

Helena Skrzydlewska zawsze bardzo interesowała się polityką.

– Ale na karierę polityczną nie miałam czasu! – zaznaczała. – Syn był radnym przez trzy kadencje. Wnuczka była dwie kadencje posłanką na Sejm RP, a potem posłanką do Europarlamentu. Cieszę się, że nie zrobili wstydu i nie zarzucili im, że coś ukradli. To najważniejsze.

Pani Helena nie narzekała na swoje życie.

– Mogłabym je jeszcze raz przeżyć – mówiła. – Takie było życie i święty Boże nie pomoże. Chciałabym tylko, by życie układało się dzieciom, wnukom, prawnukom…


Helena Skrzydlewska i Witold Skrzydlewski podczas spotkania z arcybiskupem Władysławem Ziółkiem
(wówczas metropolitą łódzkim). Helena Skrzydlewska została uhonorowana
Złotym Krzyżem Archidiecezji Łódzkiej za działalność na rzecz potrzebujących


Helena Skrzydlewska spoczęła w grobie rodziny Skrzydlewskich na cmentarzu Zarzew w Łodzi.
W uroczystościach pogrzebowych w maju 2018 roku wziął udział tłum żałobników.
Zmarłą żegnali m.in. politycy oraz kibice klubu żużlowego Orzeł Łódź

Przygotowała Anna Gronczewska
Tekst ukazał się w Dzienniku Łódzkim, 26 maja 2023r.